Początkiem grudnia, po prawie miesięcznej tułaczce po tajskich górach, tarasach ryżowych, ze skuterem za pan brat, znaleźliśmy się w Chiang Rai. Samo miasteczko było dla nas ogromnym rozczarowaniem! Uratowane zostało w minimalnym stopniu przez Białą Świątynię, która zrobiła na nas super wrażenie i całkiem przyjemną kocią kawiarnię (mimo że obydwoje należymy do klubu psiarzy). A może niechęć do Chiang Rai była spowodowana tym, że to właśnie tam musieliśmy pożegnać naszą kochaną Tajlandię?

Laosie – nadchodzimy!

O przejściu granicznym i podróży tzw. slow boat lub po prostu barką naczytaliśmy się przeróżnych historii. Dowiedzieliśmy się z nich, że na granicy celnicy żądają łapówek, że biały turysta płaci podwójnie, że Laotańczycy są niemili,  a ten cały slow boat to w kilku słowach….dupa i kamieni kupa.

Oto historia o tym jak daliśmy się oskubać, a w dodatku z uśmiechem na twarzy!

Część I Jak wykiwaliśmy mafię tuktukową i zapłaciliśmy podatek od weekendu

Z hardą miną, patrząc przed siebie mijamy grupę tuktukarzy, którzy jeden za drugim wykrzykują NO BUS! ONLY TUK TUK! Czasem trąbią albo klaszczą w ręce, żeby zwrócić na siebie uwagę. Oj, my już wiemy, że jeśli tak głośno krzyczą, to bus do Chiang Khong – miasta tuż przy granicy z Laosem, pojawi się lada moment.
I oto jest – busik pierwsza klasa! W 2 godziny docieramy do Chiang Khong, gdzie żegnamy naszą ukochaną Tajlandię. Z jednej strony tak bardzo nie chcemy wyjeżdżać, a z drugiej – nasza ciekawość nowego miejsca, ludzi, kultury pcha nas do Laosu. Na przystanku w Chiang Khong widzimy kilka tuk tuków. Ich kierowcy nie podbiegają, nie krzyczą, nie namawiają. Stoją i czekają, aż do nich podejdziemy i zapłacimy 100 batów za 5 kilometrowy odcinek, jaki dzieli nas od przejścia granicznego. Ewentualnie możemy wybrać opcję samodzielnego transportu nożnego, ale poddajemy się i z uśmiechem płacimy panu 100 batów za te bidne 5 kilometrów.

Przejście graniczne wygląda bardzo przyjemnie. W okienku szybko i sprawnie załatwiamy wizę do Laosu… Sprawnie i drogo! Płacimy za wizę 30 USD, płacimy za brak zdjęcia do wizy po 40 batów, płacimy tzw. opłatę za pracę w weekend 1 USD (dostajemy nawet na to kwitek!) i płacimy za przejazd przez most przyjaźni tajsko – laotańskiej 50 batów, bo przez most można przejechać tylko specjalnym autobusem. Nawet nasz kolega podróżujący na rowerze musi wpakować się do autobusu…

Część II Powrót synów marnotrawnych (bądź syna i córki) i pierwsze oczarowanie Mekongiem

Witamy na laotańskiej ziemi! A właściwie to gdzie? Hmm… Rozglądamy się niepewnie i nie widzimy żadnego przystanku autobusowego – jedynie opustoszała ulica i pola gdzie okiem sięgnąć. Do kolejnego miasteczka Huay Xai jest kilkanaście kilometrów. Tuktukowcy z kamiennymi twarzami powtarzają 100 batów za osobę – toż to rozbój w biały dzień! Jeden z panów nawet z przekąsem do nas mówi – To jest Laos, nigdzie nie znajdziecie niższej ceny!
Unosimy się dumą i odmaszerowujemy z nadzieją, że przecież zawsze gdzieś można znaleźć tańszy transport. Próbujemy łapać stopa, ale kierowcy w ogóle nie zwracają na nas uwagi. A tuktukowcy tylko przyglądają się naszym zmaganiom i czekają, co też te białasy z wielkimi plecakami wymyślą. Po kilkunastu minutach wracamy z podkulonym ogonem i płacimy te 200 batów za kilkanaście minut jazdy w zapakowanym po brzegi tuk tuku.

Docieramy do Hua Xay i zostajemy podwiezieni do hostelu tuż przy porcie – żona naszego tuk tukarza jest jego właścicielką. Hostel jest bardzo ładny, ze świetnym widokiem na Mekong i mimo dość wysokiej ceny (400 batów za noc) szalejemy i bierzemy go! Zachód słońca nad Mekongiem robi na nas niesamowite wrażenie.

Mamy dzisiaj w planach zakup biletu na dwudniowy rejs łodzią po Mekongu, aż do Luang Prabang – miasteczka słynącego z francuskich bagietek i pięknej postkolonialnej zabudowy. Oczywiście jest już późno i biuro jest zamknięte. Mamy nadzieję, że uda nam się kupić bilet z samego rana tuż przed wypłynięciem… A podobno nie jest to łatwa sprawa!

Część III Libacja i żale na temat byłych żon

O 8:00 zwlekamy się z łóżka, żeby kupić nasz upragniony bilet na dwudniowy rejs po Mekongu! Idziemy od razu z plecakami, bo czytaliśmy, że na barce panuje jedna zasada: kto pierwszy ten lepszy! Kto nie zdąży zająć miejsca siedzącego leży pod kibelkiem…Jakże jesteśmy zdziwieni, kiedy pan w okienku mówi nam, że bilety są z przypisanym miejscem i nie musimy przychodzić wcześniej do portu.
Mamy więc trochę czasu na zaopatrzenie się w prowiant na najbliższe 8 godzin na łódce.

Punktualnie o 11:30 wypływamy! Cała barka wygląda bardzo przyzwoicie. Miejsca nie jest dużo, ale fotele – niczym samochodowe – są nawet wygodne. Płyniemy wolno, krajobraz cały czas się zmienia – małe wioski, rybacy, dzieci sprzedające bransoletki. Widać ogromną biedę, otoczoną niesamowitą przyrodą. Mekong wywiera na nas mieszane uczucia – potężny i wzbudzający podziw, jednocześnie odstrasza swoim brunatnobrązowym kolorem. Hmm, czy ktoś tu marzył o tubingu w Laosie (*tubing to spływ na dętce po Mekongu, niewątpliwie powiązany z taplaniem się w wodzie).

Większość naszej łódkowej ekipy to turyści. A w dodatku turyści zaopatrzeni w kanistry piwa i taniej whiskey! Już po kilku pierwszych godzinach słychać śpiewy, ktoś tańczy, ktoś się żali na swoją byłą żonę, ktoś wspomina lepsze lata. Czyli tak jak to czasem bywa późną porą na domówkach.

Słońce powoli zachodzi, a my dopływamy do Pak Beng – wioski, która istnieje tylko i wyłącznie po to, żeby dać nam dach nad głową na tą jedną noc. Wychodząc na brzeg widzimy jak umorusane dzieci wygrzebują resztki jedzenia z worków pozostawionych przez tustystów na slow boacie. Serce się kraje…

Właściciele guesthouse’ów tłoczą się i nawołują do wzięcia pokoju. Decydujemy się na zostanie w jednym z hosteli bardzo blisko portu. Pak Beng ożywa na kilka godzin, karmiąc turystów.

Jutro o 9:00 wypływamy.

Część IV Trzy panie, jedna budka, dwa bilety

Ponownie punktualnie ruszamy w dalszą drogę. Kupujemy prowiant na cały dzień i siadamy na naszym miejscu. Tym razem towarzystwo śpi jak zabite po wczorajszej imprezie. Dzień upływa spokojnie i po 7 godzinach dopływamy do Luang Prabang! Stop. Zbyt pięknie by było. Dopływamy do portu położonego kilkanaście kilometrów od Luang Prabang. Wszyscy turyści zostają poproszeni o wyjście na ląd (Laotańczycy zostają na pokładzie i płyną do centrum miasta). Kilka kroków dalej i widzimy jedną budkę biletową i obsługującą ją trzy panie. Jedna zadaje pytanie ile osób, druga mówi cenę, trzecia daje bilet. Jedna cena na wszystkie tuk tuki ustalona z góry, brak busów, brak taksówek. Tuktukarze też muszą w końcu zarobić. Za 200 batów jedziemy do centrum Luang Prabang!

Część V Jak to jest być oskubanym i czy żałujemy 

Oj oskubali nas przez te pierwsze dni w Laosie. Wiedzieliśmy o tym, że tak będzie i zaakceptowaliśmy to z pełną świadomością. Dlaczego? Po prostu wychodzimy z założenia, że co kraj, to obyczaj i inne podejście do turystów. Patrząc na wszechobecną biedę, kilkuletnie dzieci, które zamiast beztrosko się bawić, sprzedają za grosze bransoletki i szukają w koszu jedzenia, po prostu wstyd było nam wykłócać się o każdego bata czy dolara. Może chcieliśmy w ten sposób zagłuszyć wyrzuty sumienia i przyjąć, że choć w minimalnym stopniu przyczyniamy się do poprawy warunków życia tych ludzi? Jedno jest pewne. Ani przez moment nie żałowaliśmy przyjazdu do Laosu, choć jest tak różny od Tajlandii. Ten kraj, wciśnięty pomiędzy dwa giganty turystyczne – Wietnam i Tajlandię, choć trudny, czaruje nas od pierwszej chwili pięknym zachodem słońca nad brudnym Mekongiem.

Jeśli

…zamiast czytać wolisz oglądać, to zapraszamy Cię na nasz kanał na YouTube, gdzie czekają odcinki właśnie z naszej przeprawy barką po Mekongu!

Pozdrawiamy!

Justyna i Tomek


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *